poniedziałek, 17 lutego 2014

Krótka forma - Sukienka.

Uwaga! Treści cyklu Krótka Forma są fikcyjne lub półfikcyjne. wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób i zdarzeń jest całkowicie zamierzone. Jeśli chcesz mnie zacytować - dziękuję, ale poproś o to, lub podlinkuj Słowofobię. Cykl Krótka Forma jest zbiorem szufladowych opowiadań. Bez powiązań, bez konkluzji, bez najmniejszego sensu.



*



Niedzielną, letnią ciszę przerwał nieznośny huk wystrzału z armaty. 

- Cholerne rocznice czegoś tam - mruknąłem pod nosem.

To był ten moment, w którym po kilku ciężkich miesiącach rozłąki mieliśmy spotkać się w jej rodzinnym mieście. Dopalałem właśnie ósmego papierosa i nerwowo patrzyłem na zegarek, kiedy w zasięgu mojego wzroku pojawiła się taksówka, a z niej wysiadła ona. Robiła wrażenie tak piorunujące, że aż wypadł mi z ręki niedopalony papieros, a oczy miałem wielkie jak pięciozłotówki. W powłóczystej, letniej sukience prezentowała się jak jakaś pierdolona gwiazda na czerwonym dywanie. Wzrok jej zbystrzał, rysy nabrały ostrości, krok stał się pewniejszy. Stanąłem z nią w twarzą w twarz i nie wiedziałem jak się zachować. W głowie miałem tysiąc scenariuszy na to powitanie, każde z nich zakładało, że nie pokażę tego natłoku emocji, które we mnie wiercą się niemiłosiernie, że zwyczajnie spojrzę na nią, pierwszy raz obiektywnie, bez euforii, bez idealizowania.

Cały plan chuj jednak strzelił, bowiem gdy stanęła przede mną wydawała się tak nierealna, tak idealna i tak skrojona na zamówienie niebios, że język zaczął mi się plątać, a kiedy ona lekko i niepewnie przytuliła mnie, w nosie mi zakręciło od jej zapachu i naćpałem się, naćpałem się, a przecież jeszcze nie wydukałem z siebie ani słowa. Spojrzałem na nią raz jeszcze, a w jej oczach zobaczyłem wygraną, bo to ja patrzyłem teraz na nią jak szczeniak, a ona na mnie z tą swoją uroczą wyniosłością, która tak bardzo doprowadzała mnie do obłędu.

- Dobrze cię widzieć - rzuciła krótko, a ja spuściłem wzrok w ziemię i pod ową ziemię chciałem zapaść się natychmiast, zaraz, w tej samej sekundzie - Kawa?
- Kawa - odparłem, choć w moich żyłach zamiast krwi płynęła już czysta kofeina.

Żadnego chwycenia za rękę, od razu ruszyła przede mnie i szła tak szybko, że ledwo dotrzymywałem jej kroku. Ciągnącą się po ziemi sukienkę podtrzymywała w rękach i rozsiewała wokół siebie taką aurę, że mijający nas faceci patrzyli na nią na w pół z pożądaniem i autentyczną radością, jakby jej widok rozpromienił ich dzień. Ona zaś szła i uśmiechała się lekko do każdego, wywnioskowałem, bo każdy z mijanych facetów uśmiechał się szczerze, a ona nie zwykła nie odwzajemniać uśmiechów, nawet jeśli jej serce pękało, a dusza przeciekała od nadmiaru łez. Szła więc, pewnie i dostojnie, a ja dreptałem za nią jak bezdomny kundel pragnący znaleźć się w jej łaskach. Był to czas letni i mimo popołudniowej pory słońce przypiekało niemiłosiernie, a ja pożałowałem decyzji o założeniu marynarki. Patrzyłem na jej śnieżnobiałe odkryte plecy i przypomniało mi się, jak śmiałem się kiedyś, że jej skóra odbija promienie słoneczne, bo nawet najostrzejsze słońce nie było w stanie jej skrzywdzić i spalić. Kilka miesięcy później moja teoria ewoluowała i w mojej głowie to ona stała się słońcem, które bezlitośnie spala wszystko, co znajdzie się w jego pobliżu, a że niefortunnie się zdarzyło, że byłem bardzo blisko.

Zaprowadziła mnie do jakiejś kawiarni w piwnicy, jej wystrój był uroczy na swój obskurny sposób, ale faktem jest, że osoba kobiety, której miałem przyjemność towarzyszyć nijak nie pasował do tego miejsca, co zdało się zauważyć w spojrzeniach klienteli lokalu. Ona jednak sprawiała wrażenie, jak gdyby zdziwione spojrzenia nie docierały na jej orbitę i zajęła wolny stolik pod oknem. Gdy kelnerka podała kawy, a ja miałem już serdecznie dość tej elektryzującej ciszy między nami, rzuciłem nieśmiało:

- Co u ciebie?

Uniosła brwi i spojrzała się na mnie jak na idiotę, a ja momentalnie ugryzłem się w wargę, wiedząc, że to było cholernie złe posunięcie. Modliłem się o brak jej odpowiedzi. Nie wymodliłem.

- Umówmy się, nie jestem tutaj po to, żeby opowiadać o swoim życiu. To ty chciałeś się spotkać, to ty chciałeś się tłumaczyć, więc...tłumacz.

Powiedziała to zimno i wręcz szyderczo, ale coś w jej twarzy przykuło moją uwagę. Jej zręcznie dopracowana maska niewzruszonej femme fatale zaczynała się lekko kruszyć, pierwsze drobne kawałki zaczynały z niej odpadać. Nie zastanawiając się, jak długo utrzyma tę grę pozorów, otwarłem usta. W pierwszej chwili myślałem, że nie powiem nic, że wessie mnie czarna dziura mojej własnej głupoty, ale gdy spojrzałem w jej oczy i ujrzałem małe iskierki nadziei, moja własna blokada puściła i potok słów ruszył ze mnie jak szalony.

Nie wiem, co mówiłem, nie wiem, dlaczego to mówiłem, nie umiałem tak prosto wytłumaczyć, jak mogłem doprowadzić do tego, że wychodzę z domu wieczorową porą, upijam się jak świnia i zdradzam ją owej nocy z dwiema kobietami w naszym świętym łóżku. Sam nie pojmowałem co mnie skłoniło do tego plugastwa, dlaczego wybrałem chwilę zabawy ponad kogoś, kto jest moim życiem i dlaczego niewinna kłótnia zamieniła się w niekończące się piekło mojego życia. Przerażała i dziwiła mnie jednocześnie jej reakcja, znałem ją bowiem jako łatwo poddającą się emocjom, a ona patrzyła na mnie niewzruszenie, pusto, z lekkim grymasem, jakby bolał ją ząb, jakby maska wróciła na swoje miejsce. Żaden jej gest, spojrzenie, skinienie nie wskazywały na działanie środków psychoaktywnych, widać, nie naszprycowała się ziołowymi pseudo antydepresantami bez recepty, jak to kiedyś miała w zwyczaju.

Spojrzałem na zegarek. Mój żałosny wywód trwał dokładnie...

- Osiem minut i czternaście sekund - wyprzedziła moje własne myśli - Osiem minut i czternaście sekund zajęło ci wytłumaczenie się wytłumaczenie się z kilku dobrych tygodni koszmarów i niedopowiedzień. Bycie tobą musi być niesamowite.

- Ja...

- Ty. Ty, kurwa, zawsze ty. Ty jesteś wiecznie niezrozumiany, ty masz problemy z przystosowaniem się do świata, ty jesteś artystą. Artystą, którego znam od ponad pięciu lat i nawet nie wiem, co tworzy, bo nic przez ten czas nie stworzył. Jeśli kiedyś o tym myślałeś i wydawało ci się to zrozumiałe, to mam nadzieję, że po usłyszeniu tego już widzisz, jak żałosny twój obraz to kreuje.

Pif paf, leżałem już pogrzebany przy tym stoliku, celność jej słów wytrzelonych ze snajperską precyzją zostawiła mnie z szeroko otwartymi ustami, a mózg, mój biedny mózg, już wysłał moim oczodołom smutną wiadomość: jesteś miękką pizdą i zaraz się popłaczesz.

Ona zaś nadal patrzyła na mnie tak, jak przed swoim wywodem, niewzruszona tym, że właśnie wyrzygała mi werbalnie coś, co zapewne dusiło ją przez cały nasz związek, ale nigdy tego nie przyznała, bo miała wieczną nadzieję uczynienia ze mnie kogoś mniej bezużytecznego. Nigdy w życiu nie powiedziała mi niczego przykrego, nie obraziła, nie uniosła się. Swego czasu myślałem nawet, że nie jest istotą ludzką, bo istota ludzka już dawno piznęłaby mnie w głowę, spuściła na mnie fortepian z dziewiątego piętra, a przede wszystkim - zostawiłaby mnie. Ona jednak trwała, pięć lat moich humorów, trzaskania drzwiami, niedoleczonych depresji. Gdy czułem, że pęka, siadała po turecku na stole na tarasie, na bosaka, w lnianej sukience, splatając dłonie do słońca. Siedziała, oddychała głęboko, czasem trwało to pięć minut, czasem półtora godziny - wszystko w zależności od ciężkości gówna, które zrzucałem na nią ja i reszta świata. Po zejściu ze stołu zawsze wracała do siebie, z całą dobrocią inwentarza, z promiennym uśmiechem i siłą do kontynuowania swoich masochistycznych misji.

Spojrzałem na nią, szukając odpowiedzi na wszystkie pytania, które piętrzyły mi się w głowie, niczym fale na targanym sztormem morzu. Wybawiła mnie jednym zdaniem:

- Idziemy na wino, muszę się napić. Zawieśmy tę chujową rozmowę na razie.
- Wino? - zapytałem z niedowierzaniem.
- Tak, wino. Mam ochotę na wino. To, że jesteś chodzącą nędzą, nie oznacza, że nie mogę napić się z tobą wina.

I znów wędrówka przez miasto, tym razem moja - nie moja Pani postanowiła litościwie zwolnić kroku, ale jej władczy chód i wysoko uniesiona głowa wyraźnie pokazywały, że to nadal ona jest kierownikiem tej wycieczki. Gdy nieśmiało zaproponowałem podrzucenie mojej torby do hotelu, zatrzymała się na chwilę, odwróciła się i wydawało mi się, że przez kilka krótkich sekund widziałem zastanowienie na jej twarzy.

- Jest dziewiętnasta. Możemy iść.

Hotelowy pokój przywitał mnie nieco sympatyczniejszym wystrojem, niż wskazywała na to strona internetowa. W niewielkich rozmiarów pomieszczeniu znajdowało się dość duże, choć jednoosobowe łóżko, dwa krzesła i stolik, z kompletnie innej bajki kolorystycznej. Patrzyłem, jak przechodzi się po pokoju, dotyka nieśmiało poszczególnych mebli i przedmiotów, jakby chciała poznać fakturę wszystkiego, co ją otacza. Nadal nie udawało mi się odczytać ani jednej emocji z jej twarzy, aż do czasu, gdy przejechała ręką po tym okropnym stoliku i powiedziała:

- Pamiętasz? Jak zamieszkaliśmy razem, to w mieszkaniu był podobny stolik. Był okropny i od samego patrzenia na niego chciało mi się rzygać, więc wbiłeś w niego wszystkie noże, które mieliśmy w kuchni. 
- Bo z tymi nożami był ładniejszy - odparłem nieco zaskoczony tą sentymentalną refleksją - miał charakter.
- Miał - potwierdziła. 

Widziałem, że to jest ten moment, kiedy na chwilę powinna zostać sama ze sobą i swoimi myślami. Zaproponowałem wypicie wina w plenerze, ona przytaknęła, a ja udałem się pod prysznic. 

Zamknąłem się w łazience na klucz, oparłem ręce o zlew i podniosłem głowę, widząc w lustrze swoje odbicie. Wyglądałem tak, jak się czułem - bezbarwny i wyprany z koloru. Ta łazienka była moim chwilowym azylem, azylem od jej osoby, od jej oczu i żalu unoszącego się w powietrzu. Cienkie drzwi dzieliły mnie od żywej i oddychającej definicji wszystkiego, co kochałem i czego potwornie się bałem. Odkręciłem wodę pod prysznicem, rozebrałem się i wszedłem pod lodowatą wodę. Stałem bezmyślnie, czułem, jak zamarza mi głowa, choć wciąż coś we mnie wyraźnie się gotowało. Chciałem skulić się w brodziku i zostać tam na zawsze, ale osoba za drzwiami zdawała się być jakimś magnesem, cholernie silnym magnesem, który kazał mi osuszyć się ręcznikiem, ubrać się i wyjść z tej tchórzliwej kryjówki. 

- Gdzie będziemy pić to... - nie było mi dane dokończyć pytania, bo widok, który miałem przed oczami absolutnie pozbawił mnie słów na jakąś minutę, dwie, a może całą wieczność.

Stała przede mną ona. Wyprostowana, z włosami lekko zakrywającymi ramiona, z kamienną twarzą.

Naga. 

Naga, jakby dopiero wyszła spod palców Pana Boga. Niby taka sama, a jednak nieco inna, niż ją zapamiętałem. Jej skóra nadal była przeraźliwie biała, biodra nieco się zaokrągliły, kości obojczykowe i żebra zaś zarysowały się jakby mocniej. Na jej sylwetkę nieśmiało padały ostatnie, przygaszone promienie wieczornego, letniego słońca i oświetlały jej ciało w sposób wręcz poetycki. Patrzyłem z zachwytem, zaskoczeniem i przerażeniem. Nie umiałem się ruszyć, a gdy ona zaczęła zbliżać się do mnie, cały zamarłem w środku. 

- Myślę - powiedziała gardłowym półszeptem, a mnie wszystkie włoski na ciele stanęły dęba - że coś ci się jednak udało stworzyć. Mnie. Na nowo. 
- Nie wiem...co masz na myśli - odpowiedziałem, dysząc przy okazji jak parowóz, bo jej zwinne dłonie pozbywały się już mojego ubrania.
- Oj, daj spokój - odparła niecieprliwie - Tworzyłeś mnie przez lata. Udoskonalałeś, szlifowałeś, przeprowadzałeś przez najrozmaitsze próby. I jestem. Taka, jaką mnie stworzyłeś.
- Uhm... - wymruczałem, bo nie wiedziałem, jak ustosunkować się do tych słów - chyba tak...

Przez krótką chwilę staliśmy na przeciwko siebie, oboje już nadzy i ciężko oddychający z tego całego napięcia kumulującego się w naszych ciałach. Kątem oka dostrzegłem na łóżku dwie apaszki i uśmiechnąłem się do niej niepewne. Rzuciła mnie na łóżko, sama zaś zachowywała się jak wygłodniałe zwierzę, które po miesiącach nieurodzaju wreszcie dorwało w ręce upragnioną ofiarę. Nie chciałem walczyć, choć coś mi mówiło, że powinienem. Nie umiałem walczyć, bo pragnąłem jej tak mocno, jakby od tego zależało moje życie.

Apaszkami zaczęła przywiązywać moje ręce do ramy łóżka. Uwielbiałem to, uwielbiałem, jak ona udawała, że jest silna i potrafi wiązać supły, a ja udawałem, że nie mam szans wydostać się z uścisku materiału. Patrzyłem na nią z dołu, patrzyłem jak jej biodra spoczywają na moich po królewsku, jak siedzi na należnym jej tronie, jak monumentalna i widowiskowa jest z tej perspektywy. Poddałem się jej ruchom, jej żądzy, jej wszystkiemu. Czułem się jak na najcudowniejszym haju świata. 

Może minęło pół godziny, a może pół nocy. Może cały, pierdolony rok świetlny. Niezgaszone przeze mnie światło w łazience niemrawo oświetlało kawałek pokoju. Ona zaś, mokra od potu, oparła się rękoma na łóżku patrząc mi w oczy. Byłem wciąż w niej, ale haj powoli schodził. Zrobiło mi się niewytłumaczalnie smutno. Chciałem wydostać rękę z chusty i dotknąć jej twarzy, włosów, skóry, ale w momencie, gdy taki pomysł przeszedł mi przez głowę, ona chwyciła mnie mocno za nadgarstek, szepcząc:

- Nawet się nie waż. 

Wróciła do pierwotnej pozycji i rozciągnęła kark, odrzucając niemalże przylepione do skóry włosy. Musiałem zapytać.

- Co my właściwie robimy?

Przecierając dłonią twarz spojrzała i uśmiechnęła się tak przerażająco pięknie, że nawet w tym półmroku zrobiło to na mnie wrażenie.

- My, mój kochany...kończymy dzisiaj twoje dzieło.

Ułamki sekund. Ja w węzłach z pierdolonych apaszek, ona sięgająca pod leżącą obok poduszkę i wyciągająca czarny przedmiot i przykładająca go do swojej skroni, mój zduszony krzyk i wielka nicość.

Niedzielną, letnią ciszę przerwał nieznośny huk wystrzału z pistoletu.


KONIEC.

17 komentarzy:

  1. Myślę - pomyślała, a na jej ustach pojawił się lekko ironiczny uśmieszek - że nigdy nie będę próbowała rywalizować z Tobą w pisaniu krótkich form.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Meh, biorąc pod uwagę, przez jaki przedział czasowy ów tekst powstawał, konkurencja mi wymrze, zanim te teksty będą wychodzić.

      Usuń
  2. Potrzebna jeszcze zakładka "dłuższa forma".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to się kiedyś też zapewne pojawi.

      Usuń
    2. Wprowadziłabym drobną poprawkę do powyższego zdania: "A to się NIEDŁUGO też zapewne pojawi". ^^

      Usuń
  3. heh... szkoda, że bez happy endu, ale czy miał on szansę w ogóle zaistnieć ? ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem głęboko smutnym człowiekiem ;)

      Usuń
  4. co ja bym dała za taki talent. Ja mądrego komentarza nie jestem w stanie napisać.

    OdpowiedzUsuń
  5. mówi się, że nie ma obiektywnej prawdy, że wszystko jest dobre, jeśli jest dobre dla Ciebie. Tak łatwo wtedy zgubić to, co jest dobre naprawdę...cały dzień się głowie dlaczego się zastrzelila..

    OdpowiedzUsuń
  6. jezu. to jedyne co mi do głowy przyszło po przeczytaniu.i że chcę więcej i dłużej, a najlepiej od razu napisz książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i kłaniam się nisko, ale książki w nabliższych planach chyba nie ma.

      Usuń
  7. Kłaniam się w pas, bardzo dobre opowiadanie:)

    OdpowiedzUsuń