niedziela, 13 października 2013

O ogarnięcie nawołuję.

No dobra, przyznaję się bez bicia. Nie jest łatwo być mną, ale znoszę to z podniesionym czołem i pełną piersią (to jest ten moment, w którym czytelnik się śmieje).

W ciągu ostatnich dwóch tygodni wypierdoliłam się na prostej podłodze trzy razy, raz wsadziłam rękę do wrzątku oraz trzykrotnie poszukiwałam zapalniczki, mając ją w kieszeni, tudzież - o zgrozo - w ręku. Powiecie: z chuja nie spadłaś, takie rzeczy są absolutnie normalne, gdy się jest zakochanym, ale to taki trochę dzień jak co dzień. Jestem stuprocentowo pewna, że moi bliscy modlą się czasem, żebym nie umarła jakąś śmiercią, która klasyfikowałaby się do Nagrody Darwina. Barbara się na pewno modli. Zaprzeczy, ale się modli. 

I tak na przykład parę dni temu widzę z przeciwległego końca parkingu wielkiego trio: Biedronka-czeski market-siłownia chłopca, z którym mi się romansowało w zeszłym roku. Widzę, że idzie z jakąś laską, a że z daleka widzę tylko znajome twarze, to nie zwracam na ową laskę uwagi. M. macha do mnie wesoło, a ja niewiele myśląc, podchodzę do niego i z grubej rury witam:

- Kopę lat! Prawie cię nie poznałam w ubraniu.

Następuje ściśnięcie zwieraczy na linii boy toy - kobieta obok boy toya. Teraz jak tak na nią patrzę, to jakoś staro wygląda...

- Em...Amy, poznaj moją mamę.

Tutaj następuje taka niezręczna cisza, a ja cichaczem wymykam się z żenującej sytuacji - argument mam mleko na gazie z przyczyn oczywistych odpadał. 

W ogóle jakoś groteska wychodzi z ludzi na każdym kroku, i to, o zgrozo, nie tylko ze mnie. Przykładowo, wczoraj siedzimy z K. na ławce sącząc mydlaną herbatę i podchodzi do nas żul. No, Panno Najświętsza Jasnogórska, jebie jak z gorzelni, ale jakoś przy groźnie wyglądających żulach moja asertywność sięga poziomu alkoholika, który zobaczył barek Marczewskiego, więc udaję miłą i dobrze wychowaną (to jest ten moment, w którym czytelnik śmieje się po raz drugi). Facet przedstawia się jako Dariusz i rozjebał się obok nas jak Popiełuszko w bagażniku (Dario!), naruszając znacznie moją przestrzeń osobistą. Pyta o papierosa, więc częstuję go papierosem. Z pogardą stwierdza, że mentol. Nosz kurwa. 

Ale to jest nic. Po kilkunastu minutach wraca, przedstawia się jako Piotr i prosi o następnego papierosa. To jest Polska. To jest smutne. 

Ja zaś stwierdziłam, że gdy już będę duża i urosną mi piersi, to zostanę prostytutką-szpiegiem o imieniu Karma. Żartuję, moja kobieta nie pozwoli mi zostać prostytutką. Muszę więc czekać na następne wcielenie. A jeśli pytacie, po co chcę zostać prostytutką-szpiegiem o imieniu Karma, to odpowiem Wam, gdy już nią zostanę. W tej chwili czuję się najbardziej pedalsko na świecie, bo przypomniał mi się znów ten kawałek.


Kocham Was. To znaczy, jasne, że nie wszystkich, część czytających raczej tak, część lubię, części życzę śmierci i wiecznego gnicia, ale ponieważ nie wypada mi tego napisać (ups), to niech będzie, że Was kocham.

M.


4 komentarze:

  1. Gdy Cię czytam, mam ochotę założyć blogaska.
    Jezus też upadał trzy razy i ja w drodze z uczelni.
    A jak przez tydzień nie znajdę się blisko śmierci z powodu swojego nieogarnięcia i talentu do dziwnych wypadków to zaczynam być podejrzliwa.

    OdpowiedzUsuń
  2. To moj pierwszy raz:) tutaj oczywiscie! Mega!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń